news2

 

Kobylanka należała do najstarszych osad w Lachowicach.
Mieszkańcy tej osady trudnili się hodowlą koni. Pozostałością
po tej osadzie jest przysiółek Mizioły. Nazwa ta została
wymieniona w dokumentach już w 1598 r.

Home Z tej ziemi

Z tej ziemi

Siostra Zdzisława – Wiktoria Wątroba

Email Drukuj PDF

zdzislawa1

Siostra Zdzisława – Wiktoria Wątroba – ur. 15.12.1901 roku w Lachowicach, córka Andrzeja i Katarzyny z domu Adamek

Ochrzczona w Parafii św. Piotra i Pawła w Lachowicach dnia 16.15.1901 roku przez ks. Józefa Kozaka.

Ukończyła Publiczną Szkołę Podstawową w Lachowicach.

W 1922 roku wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Albertynek w Krakowie.
Z dniem 22.08.1923 r. została oficjalnie przyjęta do wspólnoty.
Nowicjat: od 9.06.1924 r. (trwał tylko rok i siostra wyjechała na placówkę)
Pierwsza profesja: 16.07.1928 r.
Profesja wieczysta: 16.07.1937 r.

Placówki, na których przebywała siostra:
Kraków, ul. Koletek, Miejski Żłobek – 1925 - 26
Sokal, Dom dla Starców – 1926 - 28
Przemyśl, Dom dla Starców – 1928 - 46
Skarżysko, Dom Opieki – 1946 - 53
Łódź, Państwowy Zakład Specjalny – 1953 - 1978
Kraków, ul. Woronicza – 1978 - 1986

Śp. s. Zdzisława przez 20 lat życia zakonnego była kwestarką, a resztę życia poświęciła pracy przy chorych jako pielęgniarka. W Państwowym Zakładzie w Łodzi pracowała blisko 25 lat. Od roku 1978 do śmierci przebywała na Prądniku w Domu Głównym. Gdy była zdrowsza pomagała jeszcze w pracy przy naszych podopiecznych na Prądniku, które ją bardzo kochały i wdzięczne jej były, że z nimi się modliła. Gdy już nie miała sił, usługiwała chorym siostrom w infirmerii. Miała bardzo dobre serce i była bardzo delikatna. Pochodziła z bardzo kochającej się rodziny.

Wszędzie gdzie pracowała pozostawiała po sobie jak najlepsze wspomnienia. W ostatnich miesiącach życia prawie bez przerwy odmawiała różaniec. Pogrzeb odbył się 24 kwietnia na cmentarzu Batowickim. Z rodziny przyjechało ponad 20 osób. Mszę Świętą w naszym kościółku Ecce Homo przy zwłokach koncelebrowali ks. Mikołajczyk, ks. Józef Nowobilski i o. rekolekcjonista Gracjan, kapucyn. Ponieważ odbywały się w tym czasie rekolekcje, więc prawie wszystkie siostry rekolektantki wzięły udział w pogrzebie, a także siostry z Prądnika i z innych domów. Jak piękne było jej życie, tak piękna była jej śmierć i pogrzeb. Odeszła po nagrodę do Tego, którego ukochała nad wszystko i którego widziała w ludziach chorych, biednych i cierpiących.

s. Kasylda, która miała w ostatnich latach życia częste kontakty z śp. s. Zdzisławą opisuje swoje wspomnienia.

„Po raz pierwszy zobaczyłam s. Zdzisławę w 1978 r. gdy przyjechała na Prądnik jako emerytka, która zajęła się ciężej chorymi w naszym „Przytulisku”. Usługiwała im z całkowitym oddaniem, karmiła, myła, czuwała – a gdy było nieco wolnego czasu odmawiała z chorymi modlitwy, zwłaszcza różaniec. Chore bardzo ceniły sobie pracę s. Zdzisławy, ogromnie lubiły wspólne z nią modlitwy. S. Zdzisława nie była ani zbyt silna, ani zbyt zdrowa, to też z biegiem czasu musiała przejść do infirmerii. Nie zaakceptowała jednak swojej niezdolności do pracy, zajęła się współsiostrami ciężko chorymi, oddawała im najprostsze, często bardzo uciążliwe usługi, no i zwyczajem swoim modliła się z nimi. Od chwili przyjścia s. Zdzisławy do infirmerii spotykałyśmy się kilka razy dziennie. Podobał mi się uśmiech s. Zdzisławy – uśmiechała się uroczo – chyba święci tak się uśmiechają. Zaczepiała mnie pytaniem: „Jak się droga siostrunia czuje”. Troskliwa była o wszystkich. Kochała wszystkie siostry, każdej starała się pomóc na miarę swoich możliwości. Kochała też swoich najbliższych, którzy odwzajemniali się odwiedzając siostrę dość często.

Ale przyszedł czas kiedy s. Zdzisława przestała krzątać się przy chorych, sama rozchorowała się ciężko, potrzebowała pomocy innych. Chorobę znosiła mężnie, z poddaniem się woli Bożej. Ale żyć chciała – a życie uciekało z niej. Przestała się już uśmiechać, ból wycisnął swe piętno na twarzy, ale ile razy podeszłam pytając jak się czuje – i jednocześnie prosząc o uśmiech już nie do mnie, ale do Pana Jezusa, uśmiechała się pięknie. Wszystkie siostry przebywające w infirmerii podziwiały ten uśmiech. Przestała się uśmiechać dopiero wtedy, gdy straciła przytomność. Byłam w chwili śmierci s. Zdzisławy, trzymałam jej rękę w swojej ręce i myślałam – już uśmiecha się tam w niebie do Pana Jezusa”.

Na prośbę s. Kasyldy p. Hanna Bodalska dziennikarka, której matką opiekowała się s. Zdzisława w Zakładzie w Łodzi, napisała również swoje wspomnienia.

„W ciągu paru lat znałam tylko głos siostry Zdzisławy, niski, głęboki, ciepły. W Domu Opieki Społecznej w Łodzi przy ul. Wróblewskiego codziennie ok. godziny 17 przechodziłam obok wejścia na oddział, który był miejscem jej pracy i słyszałam, jak odmawiała z chorymi modlitwy. Czyniła to także wtedy, gdy nie miała dyżuru po południu. Czasami mignęła mi sylwetka niewysokiej starszej zakonnicy, ale osobiście poznałam s. Zdzisławę dopiero w październiku 1976 r., gdy co dzień zaczęłam bywać z kolei na jej oddziale. Siostra, zwana przez chore Siostrą Zdzisią, nie ograniczała się do prac koniecznych: rozdania lekarstw, picia i jedzenia, karmienia, wykonania zabiegów. Między tymi zajęciami, zawsze pogodna, chodziła szybko po bardzo długim korytarzu, zaglądała do pokojów podopiecznych. Tu poprawiła poduszkę, tam o coś zapytała, pocieszyła, zażartowała, zamieniła parę słów. Kiedyś na jednym końcu korytarza, chora staruszka straciła przytomność i upadła. S. Zdzisława, która była właśnie w pokoju na drugim końcu, błyskawicznie znalazła się przy leżącej. „Siostra ma chyba tzw. szósty zmysł, skąd siostra wiedziała, że tu się coś stało?” – pytałam później. Uśmiechnęła się – „gdyby Pani była pielęgniarką tyle lat co ja, to by pani też wiedziała, bez szóstego zmysłu”.

Spieszenie z pomocą, opiekuńczość leżały w jej naturze. Gdy miała wolne popołudnie, przychodziła z przyrządzonym przez siebie jedzeniem do chorych bez apetytu i cierpliwie karmiła je z garnuszka.

Starczyło Siostrze czasu, aby i mnie, zdrową przecież, otaczać dyskretną opieką. Gdy w zimie lub w deszcz biegłam do drugiego budynku, z pospiechu nie wkładają palta, jak spod ziemi wyrastała s. Zdzisława i zarzucała mi na ramiona swoją ciepłą chustę.

Nieraz, gdy niepokoił ją stan którejś z chorych, wstawała parokrotnie w nocy i z domu przychodziła na oddział. Niepokoiłam się, że te wyprawy mogą skończyć się ciężkim przeziębieniem, lub nawet zapaleniem płuc. Podzieliłam się z nią swymi obawami. „Nie mogłabym zasnąć do rana, gdybym tam nie zajrzała. Od młodości chciałam być pielęgniarką”. Mocniej wypowiedziała ostatnie słowa.

W czasach, gdy Zgromadzenie Sióstr Albertynek należało do zakonów żebraczych, s. Zdzisława przez wiele lat sprawowała funkcję kwestarki. W towarzystwie drugiej zakonnicy, wozem konnym objeżdżała okolicę, głównie dwory. Nie wszędzie spotykała się ze zrozumieniem celu, w jakim się zjawiała. Nie wszędzie czekało ją uprzejme przyjęcie i godziwy nocleg. Kwestującą Siostrę nieraz spotykały przykrości, nawet złośliwości i szykany. Musiała je znieść w milczeniu. Wiedziała przecież, że od tego, co zdoła przywieźć, zależy wyżywienie starych, niedołężnych ludzi którzy znaleźli schronienie i opiekę w prowadzonym przez Siostry Albertynki Zakładzie, nie wspieranym żadnymi subwencjami.

Siostra Zdzisława nie skarżyła się nigdy na trudy kwestarstwa. Do niektórych niemiłych wydarzeń odnosiła się nawet z humorem. Sądzę, że to właśnie praca kwestarki nauczyła skromną zakonnicę znać się na ludziach, trafnie oceniać ich postawy moralne, właściwości umysłu i charakteru. Ta ważna umiejętność pomagała jej także w obcowaniu z chorymi.

W roku 1978 siedemdziosięcioparoletnia s. Zdzisława przeszła na całkowitą emeryturę i wyjechała do Krakowa. Odwiedzałam ją co roku. W nowym miejscu pobytu miała także „swoje” chore i swoje z nimi modlitwy. Witała mnie serdecznie. Interesowała się, co słychać w Łodzi na Wróblewskiego, dopytywała o znajome chore. Podsuwała obiad. Potem szłyśmy do ogrodu. Siostra gospodarskim okiem oglądała każdą grządkę. Czuła się mocno związana ze Zgromadzeniem i z radością pokazywała mi jego osiągnięcia; najpierw odbudowany po pożarze dom dla chorych kobiet, gdzie cieszyła się z każdego udanego szczegółu we wnętrzu, później, w czerwcu 1985 r. – nowo wzniesiony kościół.

I to było ostatnie moje spotkanie ze zdrową siostrą Zdzisławą. W zimie zachorowała tak ciężko, jak chorowały jej podopieczne, którym przez lat ponad 30 niosła w domach opieki pomoc i dobre słowo. W kwietniu 1986, zaalarmowana wieścią o pogorszeniu się stanu zobaczyłam Siostrę raz jeszcze. Zmarła w dwa dni później.

Pozostanie mi wspomnienie o dobrym człowieku, który całe życie poświęcił służbie nieszczęśliwym. I żal, że nigdy już nie zobaczę s. Zdzisławy w białym welonie pielęgniarki i siostry klęczącej przed rozświetlonym czerwonym słońcem obrazem „Ecce Homo”.

s. Józefa Wątroba SM

Poprawiony ( czwartek, 17 listopada 2011 14:06 )
 

Ona mnie poprzedziła – Wiktoria Kubieniec SM

Email Drukuj PDF

W ostatnich dniach lipca miałam okazję przebywać w rodzinnych Lachowicach. To są zawsze szczególne dni. Szkoda tylko, że tak szybko mijają i nie można każdego odwiedzić i ze wszystkimi porozmawiać. Niech więc tą drogą zapewnię, że czuję się między Wami zawsze jak wśród swoich i jesteście wszyscy Drodzy mojemu sercu!

Przed dwoma laty opisałam początki mojej drogi powołania. Dzisiaj chcę się podzielić z Wami szczególnym odkryciem w mojej pracy w Archiwum Prowincjalnym Sióstr Miłosierdzia Prowincji Krakowskiej. Pewnego dnia, szukając danych w spisie sióstr pracujących dawniej w Szpitalu św. Wincentego we Lwowie zobaczyłam w rubryce: miejsce urodzenia - LACHOWICE. Gorączkowo zaczęłam szukać potwierdzenia w Katalogu Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo Prowincji Krakowskieji w mojej pracy zdarzyło się „kopernikańskie odkrycie” - z Lachowic pochodziła Wiktoria Kubieniec, która wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia w 1898 roku.

szarytki_z_Lachowic

W czasie pobytu w Lachowicach podzieliłam się swoim odkryciem z Księdzem Proboszczem Władysławem Wąsikiem. W poszukiwania zaangażował się także całym sercem Pan Grzegorz Krawczyk. W ruch poszły księgi parafialne oraz sołeckie. Co na podstawie uzyskanych informacji można o s. Wiktorii napisać?

Urodziła się 6 września 1872 roku w Lachowicach, przy asystencji akuszerki Reginy Bogdanik. Dwa dni później została ochrzczona przez Księdza Proboszcza Józefa Łopacińskiego (1842-1888) w naszej Parafii św. Piotra i Pawła. Rodzicami chrzestnymi zostali: Jakub Bogacz i Katarzyna, żona Szymona Kapały. Wiktoria była córką rolników: Tomasza Kubieńca i Anny z domu Habowska. Jej ojciec wpisał się do Kółka Rolniczego w roku 1890. Rodzina Wiktorii zamieszkiwała w Lachowicach pod nr 121 (wcześniej 62). Jej dziadkami po stronie ojca byli Maciej i Agnieszka z domu Pierchała, a po stronie matki Michał i Jadwiga z domu Wątroba.
s. Józefa Wątroba SM
Poprawiony ( czwartek, 25 sierpnia 2011 07:09 )
 

Gdzie jest modlitwa, tam są powołania

Email Drukuj PDF

im_1_383

Czwarta niedziela wielkanocna nosi nazwę Niedzieli Dobrego Pasterza i rozpoczyna tydzień modlitw o powołania kapłańskie i zakonne. Seminarzyści w całym kraju będą odwiedzać różne parafie w swoich diecezjach i dzielić się świadectwem swojego powołania.

Dlatego 23 maja 2010 roku, będziemy gościli w naszej parafii kleryków z Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. Wiele seminariów w tym czasie organizuje też dni otwarte. W seminarium w Krakowie odbędzie się on w przeddzień Dnia Modlitw o Powołania - w sobotę, 24 kwietnia.

Ciągle musimy prosić Jezusa Chrystusa - Dobrego Pasterza, aby nigdy nie zabrakło nowych pracowników w Bożej Winnicy. Musimy modlić się o dobre i liczne powołania kapłańskie i zakonne, o ludzi gotowych pójść przemieniać serca innych, podjąć trudne zadania wobec współczesnego świata. Mając wśród siebie kapłanów, mamy dostęp do niewyczerpanych Bożych łask płynących z sakramentów świętych. Pamiętajmy, że tylko dzięki sercom i dłoniom kapłanów jest możliwe przedłużenie Chrystusowej zbawczej Ofiary podczas Eucharystii oraz rozdawanie Bożego miłosierdzia w sakramencie pokuty. Podczas tego Tygodnia szczególnie będziemy prosić o powołania kapłańskie i zakonne z naszej wspólnoty parafialnej. Być może w młodych sercach naszych parafian daje się dosłyszeć głos Bożego wołania: „Pójdź za mną”! Drodzy Rodzice i Wychowawcy, pielęgnujmy te Boże podszepty, wspierajmy je modlitwą, delikatną radą, a nade wszystko nie stawajmy na przeszkodzie, jeśli któryś syn czy córka podejmą decyzję o poświęceniu swego życia dla Boga i bliźnich. Każdy dar złożony w ręce Boga zostanie wielokrotnie wynagrodzony! Prośmy o pomoc Tę, która wiernie i do końca trwała przy Chrystusie i przy rodzącym się Kościele w dniu Pięćdziesiątnicy.

Poprawiony ( niedziela, 02 maja 2010 07:40 )
 

I Ty możesz zostać ministrantem

Email Drukuj PDF

dominik.jpg kkk

 

LITURGICZNA SŁUŻBA OŁTARZA
SERDECZNIE ZAPRASZAMY DO WSPÓLNOTY MINISTRANTÓW

 

Nasza grupa parafialna, czyli Liturgiczna Służba Ołtarza, lub jak kto woli ministranci skupia chłopaków pragnących poświęcić swój wolny czas Panu Bogu. Głównym naszym zadaniem jest służba przy ołtarzu. Swoje zadania realizujemy poprzez posługę podczas niedzielnej Eucharystii. W miarę możliwości podejmujemy również służbę w dni powszednie. Kolportujemy czasopisma religijne. Asystujemy kapłanowi podczas odwiedzin kolędowych. Wspólnie dbamy o piękno liturgii. Bierzemy również udział w różnych zawodach sportowych oraz wyjazdach. Więcej informacji w zakrystii po każdej Mszy Świętej.

CZEKAMY WŁAŚNIE NA CIEBIE!!!

Liturgiczną Służbę Ołtarza naszej parafii tworzy ponad trzydziestu młodych ludzi. Podzieleni są oni na grupy. Wciągu tygodnia każdy ministrant ma wyznaczony dyżur i pełni służbę w wybrany dzień. Bycie ministrantem, lektorem w parafii to szczególne wyróżnienie dla młodego człowieka. Wyjątkowe wyróżnienie, ale również powołanie. Sługa Boży Jan Paweł II w swoim przemówieniu do Służby Liturgicznej Ołtarza w 2001 roku powiedział: "Wasza służba przy ołtarzu jest nie tylko obowiązkiem, ale i wielkim zaszczytem, prawdziwą świętą posługą."

 

ZASADY MINISTRANTA

Ministrant kocha Boga i dla Jego chwały wzorowo spełnia swoje obowiązki.
Ministrant służy Chrystusowi w ludziach.
Ministrant zwalcza swoje wady i pracuje nad swoim charakterem.
Ministrant rozwija w sobie życie Boże.
Ministrant poznaje liturgię i żyje nią.
Ministrant wznosi wszędzie prawdziwą radość.
Ministrant przeżywa Boga w przyrodzie.
Ministrant zdobywa kolegów w pracy i zabawie dla Chrystusa.
Ministrant jest pilny i sumienny w nauce i pracy zawodowej.
Ministrant modli się za Ojczyznę i służy jej rzetelną pracą.

Poprawiony ( piątek, 23 kwietnia 2010 13:17 )
 

Artystyczna Dusza

Email Drukuj PDF
Obraz_035Róża Kachel

W tym roku mija setna rocznica urodzin jednej z naszych parafianek ś.p. Róży Kachel, bowiem przyszła ona na świat 8 listopada 1909 roku jako pierwsza z pięciorga dzieci Marianny i Józefa Kubieńców.

Ukończyła zaledwie 3 klasy szkoły powszechnej (jak prawie wszyscy mieszkańcy wsi w tym czasie). Od najmłodszych lat przejawiała talenty artystyczne, ale nie miała możliwości i warunków ich kształcenia.

Prawie wszystkie jej panieńskie bluzki, kołnierzyki do sukienek, wykończenie halek, firanki i tak dalej, były haftowane lub wyszywane we wzory, które sama projektowała i wykonywała. Sama również wszystko szyła zarówno sobie, jak  i w późniejszym okresie dla swoich córek.

Nie miała lekkiego życia. Przed wybuchem wojny budowa domu, później prawie 5-cioletnia tułaczka na wysiedleniu, a potem powrót z trójką małych dzieci i czwartym "w drodze" (piąta, najmłodsza córka urodziła się w 1951 roku).

Dom i gospodarstwo były zniszczone i rozgrabione. Trzeba było wszystko zaczynać od nowa. A w latach powojennych wszystkie prace na gospodarstwie i w polu wykonywane były ręcznie. Ponieważ mąż Pani Róży musiał podjąć pracę, aby zapewnić rodzinie, jaki taki byt, - cały prawie ciężar prowadzenia domu spadał na Jej barki.

Po kilku latach, kiedy dzieci podrosły i mogły trochę pomóc w gospodarstwie, wówczas Pani Róża zamiast odpoczywać, - spracowanymi rękami zaczynała malować kredkami lub farbkami wodnymi, tworząc swoje "dzieła" na byle jakim papierze.

Dopiero w latach 70-tych zaczęła dostawać od córki pracującej w Czechosłowacji farby olejne i  z tego okresu zachowało się dość dużo Jej prac. Większość z nich podarowana została rodzinie, sąsiadom a także księżom. Nigdy za swoje obrazy nie wzięła przysłowiowego grosza.

Jak można wywnioskować z załączonych fotografii obrazów, - Pani Róża ze szczególnym upodobaniem malowała lachowicki kościół, zwłaszcza w szacie zimowej. Gdyby na te obrazy spojrzeć okiem fachowca, to mają one niewątpliwie wiele wad, ale czy ktoś ma o takie rzeczy zastrzeżenia oglądając obrazy krynickiego Nikifora? A Ona była takim właśnie samorodnym artystą.

Dużo czasu poświęciła na wymalowanie na szarym lnianym płótnie motywów kwiatowych na obrusach przeznaczonych na wszystkie cztery boczne ołtarze naszego kościoła. Zdobiły je przez kilka lat, niestety nie zachowały się do obecnego okresu.

Gdy w Lachowicach wybudowano Ośrodek Zdrowia, wówczas Pani Róża namalowała go i ten obraz podarowała w dniu otwarcia budynku, w którym zdobi ścianę poczekalni Ośrodka do dnia dzisiejszego.

Równolegle z malarstwem, chociaż w węższym zakresie, projektowała wzory haftów i sama je wykonywała. Ulubioną jej techniką był haft "na igle", co widać na zdjęciach serwet. Dwa razy brała udział w konkursach na wzory haftów organizowanych przez Spółdzielnię "Makowianka" w Makowie Podhalańskim i dwukrotnie jej prace zostały wyróżnione.

W latach osiemdziesiątych Pani Róża zobaczyła miniaturę kościoła w Lachowicach, wykonaną przez Jej brata Franciszka. Była nią zachwycona i postanowiła sama wykonać podobną. "Szkielet" kościoła powstał z grubej tektury, natomiast za podstawowy materiał służyły odpady bardzo cienkiej sklejki meblowej, które były cięte najczęściej przez wnuków w okresie ferii na odpowiednie kawałeczki, mające imitować gonty na dachu lub bale na ściany. Za witraże okienne posłużyły kolorowe papierki z cukierków i czekoladek.

Budowa trwała kilka miesięcy, oczywiście w przerwach między pracami gospodarskimi. Ponieważ jednak cała konstrukcja klejona była tylko klejem biurowym, - po kilku latach miniatura kościółka zaczęła się rozpadać, co również widać na zdjęciu.

Przez wiele lat, kiedy tylko obchodzone były wiejskie lub gminne dożynki, zwykle najpiękniejszy wieniec dożynkowy był autorstwa Pani Róży, która starała się za każdym razem stworzyć coś oryginalnego.

Mimo nawału pracy brała czynny udział w życiu społecznym Lachowic. Przez długi okres pełniła funkcję przewodniczącej KGW, organizując różne pokazy i kursy gospodarstwa domowego. Była także członkiem rady Banku Spółdzielczego w Suchej Beskidzkiej i przez jedną kadencję radną Gromadzkiej Rady w Lachowicach.

Pani Róża nawet w podeszłym wieku, mimo kłopotów z chodzeniem nie pozwalała się zastępować ani w pracach polowych, ani też  kuchennych.  A wraz z mężem Józefem stworzyła dom, do którego do dziś, mimo, że ich już nie ma,  ściągają wszyscy członkowie rodziny, zarówno starsi, jak i najmłodsi, czyli ich prawnukowie.

ś. p. Róża Kachel zmarła 17 maja 1992 r. w wieku 83 lat.

Była osobą bardzo wszystkim życzliwą i serdeczną w obejściu. Zawsze witała każdego uśmiechem, który nigdy nie schodził z jej twarzy i mamy nadzieję, że wiele osób w starszym wieku mile ją wspomina. Jak mówią słowa śpiewki "... ej i my siy miniymy, ej po malućkiyj kwili" - i my nie znamy dnia ani godziny... Pamiętajmy moi mili o naszej parafiance Róży, nośmy Ją w naszych sercach każdego dnia, pamiętajmy o Niej w naszych modlitwach i bierzmy z Niej przykład - przykład z tego jak można żyć, jak dobre życie można prowadzić, niech Jej życie udzieli nam dobrej lekcji, jakim należy być względem drugiego człowieka, niech nauczy nas szacunku i pokory, dobroci i miłości, niech w naszych sercach nigdy nie zabraknie miejsca dla Pani Róży.

Dla niewidomych

Poprawiony ( poniedziałek, 17 sierpnia 2009 15:17 )
 
Strona 1 z 3